wtorek, 25 października 2011

Przed, na i za zakrętem

Od zawsze żyłem w przekonaniu, że kamień rzucony w górę musi w końcu spaść na ziemię. Obawiam się, że ta zasada nie zmieniła się i nie należy oczekiwać, że będziemy mieć wpływa na podstawowe prawa natury.
Zdziwiony raczej jestem, że zasada, której natura tak się trzyma nie działa w innych obszarach naszej codzienności. Czyli jeśli wykonujemy jakąś pracę to wraca do nas jej owoc. Historia, kultura, etos pracy, ekonomia, szkolnictwo jako takie, uczą nas, że dobrobyt człowieka bierze się z pracy. Trzeba pomyśleć co możemy robić, jaką pracę wykonać, jak to należy zrobić i przystąpić do wykonywania pracy zakasawszy rękawy. Są jeszcze ludzie, którzy całe przedsięwzięcie powierzają opaczności. Modlą się o błogosławieństwo i w pocie czoła walczą w codziennym znoju. By w końcu zebrać owoc swojej pracy. Okazuje się, że to błędne podejście. Wiem, że to wyciąganie wniosku już na początku stawiania tezy, ale oprzeć się temu wręcz nie mogę. Po pierwsze fakty! Statystycznie rzecz biorąc najwięcej ludzi pracujących zajmuje się wykonywaniem pracy powtarzalnej, czyli wg wzorca opracowanego przez innych, sprawdzonego przez lata praktyki. Tych ludzi najłatwiej jest zastąpić, wymienić bez poczucia winy. Natomiast ludzie, którzy chcą kreować rzeczywistość, wytyczać nawe szlaki podążają 'ciemną stroną mocy'. Ludzie ci porywają się z motyka na słońce i kilka innych ciał niebieskich. I tu dane statystyczne także nie kłamią. Niecałe czterdzieści procent nowych koncepcji ma jaką kolwiek szansę na powodzenie rynkowe. Chociaż określenie 'powodzenie rynkowe' nie zawsze równa się sukces finansowy. I to wcale nie dlatego, że  ich pomysł nie był dobry, ale dlatego, że czegoś zabrakło w ich działaniu. Inną grupą twórczą i tym razem odnoszącą skukcesy są ci, którym po prostu się powiodło z bliżej nie znanych powodów. Takim przykładem jest pewien farmer z USA, który co roku tracił sporą część swoich upraw przez stada bydła pędzone z jednego stanu do drugiego. Ten zatroskany pan wpadł na pomysł ogrodzenia swoich upraw drutem z kolcami. Po kilku latach drutu kolczastego wyprodukowano taką ilośc, że można nim było opleść kulę ziemską ponad dwadzieścia razy.
Farmer zapewne wzbogacił się na swoim wynalazku, chociaż nie był to jego corebusiness. Innym   przykładem, bliższym nam jest Steve Jobs, dostawca komputerów niezawodnych i pięknych. Człowiek, któremu świat zawdzięcza naprawdę wiele, ktróry zarobił dla firmy więcej niż wynosi budżet USA, nie zawsze wiedział co powinien zrobić w biznesie. Jak podaje onet.pl: 'Jak wynika z jego biografii, z której dowiadujemy się, że Jobs pierwotnie nie chciał, by aplikacje firmy trzecich niszczyły jego iPhona. Walter Isaacson twierdzi, że Art Levinson, jeden z członków rady nadzorczej Apple wielokrotnie telefonował do Jobsa namawiając go na zmianę zdania, lecz ten nie chciał o tym nawet dyskutować. Częściowo dlatego, że nie miał pewności, czy jego zespół będzie miał odpowiednie możliwości, by zapoznać się ze wszystkimi zawiłościami, które pojawią się po udostępnieniu platformy firmom trzecim.'
Jobs mylił się, a i tak świetnie na tym zarobił. Życzmy sobie takiej porażki i błędnego rozpoznania rynku.

A coś z mojego doświadczenia biznesowego? Powiem tak... Można wymyśleć coś innowacyjnego, znaleźć ludzi do współpracy przy realizacji pomysłu, ciężko pracować kilka lat, znaleźć kapitał na rozwój, ale... Zawsze jest jakieś ALE, to może być za mało. Zadajmy sobie pytanie czy bardziej chodzi nam o samą pracę czy o efekty, czyli owoc pracy? Niech każdy odpowie sam na to pytanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz